.

.

Drewniana ja

czwartek, 12 lipca 2018

No to w drogę...

Bambetle spakowane, samochód przygotowany, pies weterynaryjnie ogarnięty, paszporty, bilety, karty, gar kuchnia z kanapkami, termosami i innymi takimi tam potrzebnymi w podróży pierdołami gotowe i w drogę.
Na promie być może pobuja, a być może będzie spokój. Jak tylko zjeżdżamy na ląd wszyscy oddychamy z ulgą, nawet pies. A potem to już mkniemy przed siebie... do Polski.
I co roku to samo. Mąż do mnie- spróbuj się zdrzemnąć, potem mnie zmienisz. Taaa...9 rano i spróbuj się zdrzemnąć. Ale wkładam stopery w uszy, książkę do ręki i próbuję "strenować" oko by być tą bardziej wypoczętą. I jak już...już Morfeusz rozkłada przede mną ramiona i udaje mi się zapaść w płytki sen, dociera do mnie głos męża- kawy bym się napił, możesz nalać? Mogę. Nalewam.
I znowu stopery w uszy, książka na zmęczenie wzroku i panie Morfeusz bierz się do dzieła, rozkładaj ramiona, będę w nie wpadać. I tak mnie utula, że nawet zasypiam i nawet śni mi się cosik, ale za jakiś czas zza tych otulających mnie morfeuszowskich ramion słyszę- możesz podać wodę? Pić mi się chce. Mogę. Podaję, ale już jest po spaniu. Siedzę, podziwiam widoki, doopka cierpnie, nogi też bo akurat 13 kilo naszego jamnika postanowiło wgramolić się na moje kolana. I pytanie męża- i dlaczego nie śpisz? Hmm... no jak myśli, dlaczego?

wtorek, 26 czerwca 2018

Wieczorny niezbędnik ;).

Sypialnia, małżeńskie łoże, po obu jego stronach dwie szafki nocne.
Szafka męża- oj wręcz ascetyczna, tak na niej ubogo. Jedynie lampka nocna i książka pod wielce wymownym tytułem -" Afirmacje sukcesywne, czyli jak wyafirmować sobie szczęście"- otworzona tylko raz, nieczytana. Mówiłam mojemu połowcowi, że od ponad dwudziestu lat jego szczęście to ja. Marudne, wymagające, a czasem złośliwe, ale szczęście :) i że jak chce to ja mu to szczęście wyafirmuję sama, bez tej całej psychologicznej papki. Musi tylko przytakiwać żonie, a będzie szczęśliwy jak nikt inny ;).
Za to na szafce żony...hmm... lampka nocna obowiązkowo- przy czymś czytać trzeba- a czytam tonami, krem do rąk, krem do stóp, serum do paznokci, masełko do skórek i obowiązkowo pomadka nawilżająca, no bo jakby się w nocy jakiś książę przyśnił, to żeby te usta były jak maliny ;), no i stopy gładkie i pazury zadbane.  A jakie czasy taki i książę. Nie żaden tam biały koń, tylko co najmniej tesla, może być biała :P.
A ponieważ mąż często krytykował moją sypialnianą "wystawkę", więc zapakowałam cały ten majdan w podłóżkową szufladkę. Nie widać, a pod ręką. I tak ostatnio patrzę na ten mój kobiecy niezbędnik i tak się zastanawiam- kiedy ta pielęgnacyjna kolekcja wzbogaciła się w opokan w żelu, voltaren, edu- flex i tym podobne mazidła. Taka królewna jakie czasy ;). Tak więc jak już ten książę się przyśni i zajedzie tą teslą, to niech nie zapomni o nakładce na siedzenie masującej plecy. I żeby nie do zamku mnie powiózł tylko od razu do spa, albo na fizjoterapię mnie porwał.... a co tam, zamiast księcia, to niech już lepiej masażysta się przyśni :p. Bylebym tylko rano wstawała jak nowo narodzona :).

piątek, 8 czerwca 2018

Jak oddawać się nałogowi, to z przytupem.

Od wczoraj mam banana na buzi, a oczy takie jakbym się uraczyła jakimś odpowiednim trunkiem zawierającym tak zwaną moc procentów, albo jakbym się czegoś nawąchała. I w sumie to "nawąchała" nie odbiega daleko od prawdy, bo wciągam nosem zapach nowych książek.
Wczoraj wreszcie dotarł wyczekiwany przeze mnie kurier. Masę telefonów w obie strony zanim w końcu trafił pod właściwy adres. Już myślałam, że wyjdę z siebie, polecę na miasto i na środku ulicy rozpakuję tego busa, by dogrzebać się do mojej paczki. Tyle, że na ulicy go nie było. Stał sobie na parkingu za blokiem i spokojnie palił papieroska. Może chciał mi przedłużyć doznania wynikające z oczekiwania?
W każdym razie paczka przyszła taka biedna, poobijana, jakaś taka brudna. Ale moi rodzice jak już coś zapakują, to nie ma zmiłuj, nic nie ma prawa się zniszczyć. Mają już w tym wprawę. A do tego wszystko obłożone słodyczami. Coś dla ciała coś dla ducha ;).

czwartek, 10 maja 2018

Nie jestem filantropką, ale czasem....

Nie jestem filantropką i chociaż podobno mam dobre serce, to chyba nie jestem tak do końca dobrym człowiekiem... chociaż się staram. Z różnym wynikiem zresztą. Bo czasem ze mnie taka baba z piekła rodem wychodzi, że klękajcie narody. My kobiety wiemy o co kaman w tym temacie ;).
Od jakiegoś czasu kupuję magazyn "Asfalt", gatemagasinet, czyli gazetę uliczną. Sprzedawaną na rogach ulic, przy wejściach na dworce, centrach handlowych, na deptakach.
Kiedyś przechodziłam obok, mijając obojętnie...ot kolejne zadrukowane kartki wciskane ludziom, śpieszącym się gdzieś, dokądś, za czymś.
Jednak czytanie książek na coś się przydaje :). I właśnie z norweskiego kryminału dowiedziałam się o co właściwie chodzi z tym "Asfaltem", co to jest, po co, na co, dla kogo i "z czym to się je".

niedziela, 6 maja 2018

A imię jego... czterdzieści i cztery :P

Ja jako ta, która otrzymała na chrzcie nietypowe imię (tatko zaszalał) nigdy nie dziwiłam się słysząc, że rodzice tego czy innego dziecka również zaszaleli i dali imiona rodem z serialu, książki czy świata polityki, a nawet produktów użytkowych.
I paradoksem jest to, że w tej chwili to nie dzieci na placu zabaw dziwią się, że dziecko ma tak czy inaczej na imię np Rogerek, Aksell, Akira, Elbern, Dewi, Druzjanna i wiele innych, tylko dorośli kręcą z niesmakiem głowami, patrzą z politowaniem i cmokają z dezaprobatą. W obecnych czasach, to dorośli trzymają się stereotypów, dla dzieci jest to normalne zjawisko, chociażby z natłoku oglądanych w telewizji bajek.
Nie przeszkadzają mi wymyślne imiona u dzieci, byleby tylko nie były prześmiewcze.

piątek, 30 marca 2018

Święta Wielkanocne rozpoczęte :)

Święta to czas radości, rodzinnych spotkań, nadrabiania towarzyskich zaległości, jak również kuchennego szaleństwa.  Ale przede wszystkim to czas wytchnienia, odpoczynku i takiego postoju w tym ciągle zabieganym życiu.
Zatrzymaj się na chwilę, odsapnij, naciesz spokojem i rodziną. Naciesz się tym iż masz całkowity "slap av"- odpoczynek- od pracy. Ja mam zamiar się tym cieszyć. Praca została w pracy. A ostatnie dni przed świętami były naprawdę na maksa zwariowane. Teraz stop. 5 dni resetu. I mimo iż muszę mieszać w garnkach- czego nie lubię, a wcześniej tańczyłam ze ścierką oberka, z odkurzaczem polkę i tango z  mopem, to jednak cieszy mnie ten świąteczny czas. Te kurczaczki, zajączki, jajeczka. Żółte żonkile i milutkie bazie. I to słońce za oknem, mimo iż na termometrze poniżej zera. Niestety nowy, wiosenny płaszcz jeszcze z szafy nie wyjdzie. Będzie czekał chyba na... lato w Norwegii. Puchowa kurta będzie na topie aż do czerwca :).

środa, 10 stycznia 2018

"Krzyk, myśl która nie mieści się w głowie"


Wejść na wzgórze wykrzyczeć beztroskę, radość, niekiedy głupotę...czasem to potrzebne, tak po prostu, by nie zwariować, by dać upust emocjom... macie też tak?
A kiedyś się przecież krzyczało, w głęboką noc. Ech..Młodość.
Ródzka Góra, w dole światła miasta Łodzi, noc i krzyk w ciemność- obroniliśmy dyplom! jesteśmy wielcy! mądrzy! młodzi! kochamy życie! zdobędziemy świat! wszystko przed nami! możemy wszystko!
Pierwsza wódka pita z kostką lodu w ustach. Wchodziła jak woda, zwalała z nóg jak.. wódka.
I myślę sobie, że chciałabym tak znowu, wbiec na wzgórze wykrzyczeć radość, a czasem frustrację, wykrzyczeć siebie tak po prostu.
Tylko strach, że mogliby mnie zamknąć. Co uchodzi młodym, to paniom w wieku hm hm ( tu się zakrztusiłam) już niekoniecznie. Patrzą krzywo.
Wzgórze mam tuż obok, a co tam że prawie w centrum miasta. Ale jak tu wejść na nie i krzyczeć? ludzie zgłoszą, policja mnie zgarnie, może w kaftan bezpieczeństwa opatuli. Strach.
A wiem, że gdybym tylko rzuciła hasło, to kobitki zleciałyby się i krzyczały razem ze mną, za mnie, za siebie, w noc. Tak po prostu.