.

.

piątek, 23 grudnia 2016

Święta...gdzieś tam

Szelest ozdobnego papieru, ukradkiem po szafach upychane prezenty, światełka na choince, ozdoby,... daleko, ale jednak po swojsku, tradycyjnie, tak jak wyniosło się z domu.
Święta są chyba wyjątkowo trudnym czasem dla emigrantów. Zwłaszcza gdy spędza się je tak daleko. W te dni jakoś bardziej niż zwykle tęskni się za domem, za gwarem przy stole, za tym całym zamieszaniem wigilijnym, na które swego czasu trochę kręciło się nosem, gdy w domu
rodzinnym odbywało się istne szaleństwo. Teraz gdy wspominam ten czas, myślę o samej sobie- młode to głupie, nie docenia... Teraz rozumiem, wiem, doceniam.
W Boże Narodzenie jeszcze więcej myśli się o tych co zostali w kraju, o rodzicach, bliskich osobach, przyjaciołach i o Polsce. My emigranci... W czasie świąt Polska wydaje nam się jakby odleglejsza, a jednocześnie jakby piękniejsza i lepsza z wszystkimi jej tradycjami. Może w czasie świąt trochę bardziej idealizujemy nasz kraj? Jednak się tęskni, emigranci wiedzą to najlepiej. I mimo iż gdzieś tam w świecie, to podtrzymujemy polską tradycję.
Mieszaniu w garnkach towarzyszą wesołe takty świątecznych piosenek.
Grzyby? norweskie - ale z lasu. Kapusta kiszona? litewska ze sklepu od Turka -ale ważne, że jest. Buraki? chyba importowane -ale są. Zamiast karpia łosoś- ale też przecież kiedyś pływał, a wszystko po to by przygotować polską wigilię, by tradycji stało się za dość.
Zapachy roznoszące się po całym mieszkaniu. Aromat pomarańczy i goździków.
Obrus, sianko- a nie, sianka w tym roku u mnie brak, ale jest za to opłatek przysłany przez rodziców.
I będziemy dzielić się tym opłatkiem, a przed oczami staną inne Wigilie, te spędzane kiedyś w Polsce. W sercu nostalgia i tęsknota.
Rozbrzmiewa pierwsza nuta polskiej kolędy.
Wesołych Świąt wszystkim, Wesołych Świąt.

środa, 30 listopada 2016

Nie kupuj psa pod choinkę

Zbliżają się święta a wraz z nimi nie tylko radość nadchodzących chwil, ale i posty na portalach społecznościowych ze zdjęciem słodkiego psiaka i apelem -- Nie kupuj psa pod choinkę.
Każdy przemyka wzrokiem po apelu, a z tyłu świadomości ma myśl- to nie o mnie, to o innych. Ja taki/taka nie jestem. Inni tak, ja nie. Nigdy.
I przychodzi gwiazdka i ten moment gdy dziecko piszczy z radości, a w pudełku małe skomlące coś, nieporadnie trzymające się na małych, niezdarnych łapkach, popiskujące, skomlące, patrzące ufnymi oczami na ludzia...tego małego i tego dużego.
Święta mijają, zachwyt dziecka też, prezent powszednieje i zaczyna przeszkadzać. Pogryzione pantofle, obsikany dywan też nie przemawiają na korzyść czworonoga. Nim czworonóg nauczy się wołać za swoją potrzebą mija trochę czasu, ale wtedy nikt nie ma chęci z nim wychodzić- bo zimno, deszczowo, bo się po prostu nie chce. Potem przychodzą wakacje. W planach Grecja, Teneryfa, Gran Canaria czy inny upalny raj, ale w tych planach nie ma miejsca dla psa.
I wtedy... w najlepszym razie pies jest podrzucany do schroniska, w najgorszym razie...cóż, smutnych, a czasem makabrycznych scenariuszy jest wiele.
Mamy jamnika. Jest już z nami ponad 10 lat. I przyznam się szczerze, że nie był to do końca przemyślany zakup. Dzieci chciały, więc mamusia się zgodziła.
Wygryzione dziury w kocach- coby się człowiek nie spocił pod nimi, obsikana szafa -patrzcie jak wysoko zadzieram nogę, poobgryzane grzbiety książek z najniższych półek, bo pancia mówiła, że ta czy tamta książka jest dobra. To trzeba było spróbować.
To był kłopot. Spacery, opieka, zniszczone rzeczy. A jednak wzięliśmy za niego odpowiedzialność. A przede wszystkim bardzo go pokochaliśmy. Ma nie tylko dom, pełną miskę, ale przede wszystkim miłość i pieszczot aż do zagłaskania. Na to ostatnie czasem nawet potrafi zgłosić reklamację, włażąc na nas i domagając się więcej. Trzynaście kilo jamnika potrafi przygwoździć ;).
Dziś śmiało można stwierdzić, że nasz jamnior jest dumnym posiadaczem ludzi, a nie odwrotnie. W naszej rodzinie to on gra rolę właściciela.
Znam jedno małżeństwo, wspaniali ludzie, oprócz swojej pracy zajmują się również wolontariatem w schronisku. U nich w domu nigdy nie jest pusto. Zawsze  jest około trzech psów. Stareńkie, głuche, ślepe, skrzywdzone. Takie których droga dobiega końca. Ale za to koniec tej drogi w ich domu jest pełen troski, opieki a przede wszystkim wypełniony ogromem miłości.
Nie kupujecie zwierząt pod choinkę. To nie są rzeczy, to ktoś kto czuje, kocha i potrafi cierpieć gdy zaufa, a zostaje porzucony.Najpierw pomyślcie czy jesteście gotowi na taką miłość. Pies kocha bezwarunkowo, czy potraficie taką miłość odwzajemnić na zawsze?

niedziela, 27 listopada 2016

Czas napisać podanie o czas...


 << Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat ja wysiadam >> tralalala..... taaa wielkie mi tralalala, a czasu brak na wszystko. Czas daje sobie czadu, a mnie przy okazji popalić i zapitala jak głupi. Zadyszkę już mam.
Czasem mam wrażenie, że jeszcze się nie położę, a już muszę wstawać i na odwrót+ ledwo wstanę, a tu już wieczór. I tak na okrągło i w koło Macieju, czy jak kto woli dookoła Wojtek.
Okna bezczelnie wołają do mnie jak pokutujące dusze- umyj nas... umyj nas, święta, idą święta. Kurna tylko kiedy.
Udaję, że nie widzę i nie słyszę, ale jak się tak drą do mnie jak opętane, to aż chce się odpowiedzieć-- a poszła mi won wredoty, będą mi tu straszyć zachlapanymi szybami. No ale mamcia uczyła inaczej, więc...na święta będzie błysk.
Czasu brak, a mi bije na dekiel, gadam z oknami. Puknij ty się kobieto, bo może to jakaś demencja cię już dopada, albo inna jednostka chorobowa, jakiś rodzaj cofnięcia?
Czas zwariował. Po co on tak gna. Gdzie mu się tak śpieszy? a potem człowiekowi wskakuje na kark nie wiadomo kiedy tych latek, hmm.hmm. Ja nie ma co prawda z tym problemu, bo wiecie u mnie jak co roku 25 i basta. Rzekłam i nie będzie inaczej :P. Tylko ten ciągły brak czasu i do tego jeszcze to nic niechcenie.
Czasem mam wrażenie, że ten czas przecieka mi przez palce, lub przemyka gdzieś obok mnie. No gdzieś musi się przecież podziewać skoro u mnie takie braki. Jednym przecieka przez palce życie, a mnie po prostu czas. Wciąż go za mało.
Kurcze gdyby dało się kupić chociaż trochę czasu i jeszcze trochę spokoju na kilogramy, albo na metry, albo i na litry. Oooo na litry byłoby dobre. Zakorkować sobie tak w butelczynach i mieć na zaś. Może podanie gdzieś napisać?.<< zwracam się z ogromną prośbą o dotację? przydział? >>czy jakoś tak ;).
Zrobiło się wietrznie, a czapka była wszędzie tylko nie na głowie i fjjjjuuwał mi wiaterek po włosiętach i niestety po uszętach też. Coś czuję, że jutro będę wyła do księżyca znając zamiłowanie moich pięknych uszek do zapaleń :-). Oj tam, oj tam, ale to dopiero jutro, a dziś...?
Halo !!! Panie Czas !!! może jednak pan by trochę zwolnił co ? jeszcze się pan zasapie...albo cóś.

sobota, 12 listopada 2016

Mężczyźni nie chorują

Dopadło mnie przeziębienie. Tak zwyczajnie, po ludzku - gil do pasa, kaktus w gardle. Takie tam dobrodziejstwo zasmarkanego świata. Normalka.
I nic, ale to nic mnie wtedy tak nie denerwuje jak to, gdy słyszę z ust faceta- od kataru się nie umiera, a ból gardła to jeszcze nie koniec świata. Ja to wiem! Ale mężczyźni chyba jednak tego nie wiedzą. Nawet ci, którzy takie mądrości wygłaszają.
Chorej kobiecie nic nie przeszkodzi w tym by zatańczyć polkę z odkurzaczem, czy pójść w tango z mopem, nie wspominając już o modleniu się nad garami czy pakowaniu ubrań do pralki, nawet jeśli ta żre skarpetki na potęgę i wypluwa z siebie pary nie do pary.
Za to facet...hmm... no właśnie.
Mężczyźni jak wiadomo nie chorują, oni walczą o życie. Wystarczy np taki zwykły katar. I powiedz wtedy takiemu- od kataru się nie umiera. Usłyszy, owszem, ale tylko słowo- UMIERA. I od razu kładzie się do łóżka i przywołuje słabym skinięciem, omdlałej dłoni swe dzieci by zebrały się wokół łoża boleści. Będzie się żegnał. I prosi żonę zbolałym głosem o papier i pióro. Będzie pisał testament. No ja pikolę.
I aby mężczyzna nie musiał przechodzić tej agonii, kobieta zamienia się w całodobową pielęgniarkę. Witaminy podawane są na już, bo z każdą minutą facet coraz bardziej ociera się o śmierć.
Gdy mężczyzna choruje, to kobieta cierpi jakoś bardziej...psychicznie. Ćwiczy cierpliwość, zaciska zęby, parzy herbatki by przywrócić faceta do świata żywych, a sobie melisę by nie zwariować.
Chociaż nie wiem czemu, ale najczęściej wtedy kobiety mają wizję ostrzonego noża ;).

poniedziałek, 31 października 2016

Ten czas zadumy

Taki to czas, że nostalgia miesza się z zadumą. Człowiek pozwala zapukać do serca wspomnieniom o tych co odeszli. Zatrzymać się, zadumać, powspominać.
Który to już rok? chyba siódmy z kolei nie będę - jak to polski zwyczaj nakazuje -paradować po polskich cmentarzach w nowym płaszczu i w kozaczkach tzw. sztuka nie śmigana stukając obcasami po alejkach cmentarnych, niosąc znicze, kwiaty, wspomnienia. Gwarno, kolorowo, tłoczno i modnie. Znaczy się,,rewiowo,,. W Norwegii tego nie ma, taaa jakby w ogóle coś było... gwaru nie ma, święta nie ma, nic, cisza...
Ale ja chyba wolę tę ciszę na cmentarzu i najbardziej wiosną, lub kolorową jesienią, gdy słońce oświetla delikatnymi promieniami zatarte częściowo napisy. I może to dziwne, ale lubię spacerować po cmentarzach. Takich starych cmentarzach. Z grobami porośniętymi mchem, z figurami nadgryzionymi zębem czasu, z wyblakłymi porcelanowymi fotografiami.Spaceruję czasami po alejkach zamieszkałych przez nieznanych mi ludzi. Oglądam stare nagrobki, podziwiam kunszt dawnych artystów, dopisuję sobie historie, w głowie kręcę nieme filmy z nieżyjącymi już bohaterami.
Ile nagrobków, mogił, epitafium, tyle ludzkich losów. Tyle żyć przerwanych, czasem niespodziewanie, za szybko, zbyt nagle. I myśli same mnie nachodzą kiedy czytam ,,Tu leży Prezesowa taka a taka...,, Czy kobieta żyła pełnią życia, czy może w cieniu tego, któremu to miano razem ze stanowiskiem przypisano? Jakie miała marzenia? a czy romanse tęskne były jej udziałem? czy była szczęśliwa, spełniona, a może jej świat kręcił się tylko wokół męża?... może?
A grób na skraju alejki porośnięty mchem, gdzie widnieje zdjęcie uśmiechniętego dziecka, z oczami okolonymi firanką gęstych rzęs i napis, że odeszło do aniołków w wieku lat dwóch. Czy matka pozbierała się po odejściu córeczki? a może umarła z tęsknoty, mając w swym sercu ogromną pustkę?
A Pan Burmistrz, którego nazwisko szerokiej publice znane i szanowane, czy dobrym człowiekiem w życiu rodzinnym był? czy może ukryty tyran jakich wielu, zewnętrznie zaś poważany bardzo.
A piękna dziewczyna, która rozmarzonym wzrokiem patrzy na nas z porcelanowej, nadszczerbionej fotografii, nad którą kamienny anioł trzyma straż, czy wielbicieli miała wielu? czy kochała? czy ją kochano? czy smak szczęścia zdążyła poczuć nim choroba ogłosiła swój triumf i zabrała ją z tego świata do świata zmarłych?
A tam pod dębem rozłożystym grób z przekrzywionym krzyżem, miejsce spoczynku młodego człowieka. Co spowodowało, że targnął się na swoje życie gdy ono dopiero stawało przed nim otworem? Czy smutek widoczny w jego oczach towarzyszył mu zawsze? czy złamane serce było tego przyczyną? strach przed życiem? depresja?
W cieniu smukłych topoli grób otoczony kutym z żelaza, ozdobnym płotkiem. Z fotografii uśmiecha się znana aktorka, która u schyłku życia popadła w zapomnienie. Czy deski sceny teatru dały jej radość i spełnienie? czy udało jej się zagrać rolę swojego życia?
Tyle ludzkich istnień kryje cmentarz, tyle pogrzebanych marzeń, tyle przerwanych losów, niewypowiedzianych słów, niedokończonych spraw, tyle wylanych łez i smutku tych, którzy zostali. Tyle pozostawionych samotności.
Spacer po cmentarzach lubię, ten ich spokój i zadumę i tę ledwie uchwytną obecność tych co odeszli.

Pamięci starszego brata...



wtorek, 25 października 2016

Czy wiecie że....

Czy wiecie że... za granicą się nie pracuje, za granicą się leży, pieniądze lecą z nieba, opłaty robią się same, jedzenie rośnie na drzewach, a wszystko pozostałe wyskakuje jak królik z kapelusza? I jedyny problem, który spędza nam sen z powiek, to gdzie upchać te lecące bez ustanku pieniądze. Skarpet już brakuje, plecy bolą od zbierania, a mnie to nawet kolano siadło. Ot takie życie emigranta.
Sam cud, miód i orzeszki. Przyjedź, przekonaj się, posmakuj. Tylko trzeba zabrać ze sobą duuużo skarpet, bo z tego nieba sypie się i sypie bez opamiętania. Tą kasą oczywiście sypie, no i jeszcze deszczem. Chociaż ostatnio sucho jakoś. Od deszczu oczywiście, no bo nie od kasy. Mówię wam- życie na obczyźnie to sam miód.
Czasem do tego miodu wpadnie trochę dziegciu. Ale kogo to obchodzi? nikt nie widzi zmęczenia, stresu, łez, bezsilności, udowadniania, że jesteś dobry w tym co robisz, bo.. tyś nie swój, tyś obcy, tyś nie stąd, tyś emigrant.
Czasem zagryza się wargi, zaciska pięści i mówi sobie - dam radę. Wytrzymam. Przecież jestem coś wart, przecież potrafię. Czasem nerw łapie taki, że klękajcie narody, a czasem tylko łza spłynie po policzku. I myślę sobie o tych co w Polsce- zapytaj się o nasze zdrowie, o to jak dzieci radzą sobie w szkole, jak my dajemy radę w pracy, spójrz na nas, a nie na nasz portfel.
Nie narzekam na życie za granicą, jest na pewno łatwiej, stabilniej, chociaż tęskno. Tylko chciałabym aby pamiętano o nas tak zwyczajnie, bez powodu.  Aby czasem dostrzeżono w nas zwykłego człowieka, a nie bankomat. Po prostu człowieka.
Napisałabym coś jeszcze, ale niestety/stety znów na taras nasypało mi pieniędzmi...
Idę wyzbierać, no bo przecież nie będą mi  tak leżeć i tarasu zaśmiecać ;).

niedziela, 16 października 2016

A ty kim jesteś, gdy nikt nie patrzy?

Kobieta podobno staje codziennie rano przed lustrem i zastanawia się, którą maskę przywdziać by pokonać trudności kolejnego dnia. Kiedyś pisałam o pozorach... A maski? Czasem zakładamy je celowo, czasem robimy to chyba bezwiednie. Może bronią nas one przed wybuchem własnym? a może ukrywają nasz brak siły w przypadkach gdy potrzebna byłaby siła równa Goliatowi?
Dlatego na co dzień wśród ludzi, a może właśnie dla nich zakładamy te maski. Taki świat, taka rzeczywistość. Trzeba być twardym, nie można okazać słabości, a tym bardziej tego że coś nas dotyka. Zwłaszcza kobiety muszą być silne. Nawet nie dla siebie, ale dla innych, dla bliskich.
Każdego ranka wklepując krem w skórę twarzy, zdarza się, że kobieta  jednocześnie zakłada maskę. Maska przykrywa wszystko, emocje, smutek, zagubienie, wątpliwości, strach i ... chociażby niesamowity fqurf.
Maska nr 1-- kobieta szczęśliwa nie wiadomo z jakiego powodu
Maska nr 2-- kobieta beztroska i mająca wszystko w głębokim poważaniu
Maska nr 3-- kobieta olewająca wszystko ? wszystkich ?
Maska nr 4-- kobieta zachwycona nie wiadomo czym...
Maska nr 5.-- kobieta najsilniejsza z silnych
Maska ..nr 6...nr 7..nr 8..
Macie tak? Ja czasem mam. Czasem muszę założyć maskę, by sprostać rzeczywistości i oczekiwaniom innych, aby ukryć chociażby obawę, niepewność, zniechęcenie, by okazać siłę której niekiedy we mnie po prostu brak.
Ostatnio jeden z moich staruszków powiedział do mnie -- Ślicznie wyglądasz, tak promiennie...--- Dziękuję -- odpowiedziałam  i pomyślałam-- to tylko maska. Który to jej numer? Nieważne. Ważne, że działa, że zasłania to co ma zasłonić... tym razem ten nieziemski fqurf i bezsilność na głupotę innych.
Wieczorem maska opada, wraz z płatkiem do oczyszczania twarzy ląduje w koszu. Odklejony uśmiech wrzucamy pomiędzy kosmetyki, niech czeka do następnego dnia. I każdego dnia powtarzamy sobie- damy radę, no bo kto jak nie my. Kobiety są silne. Gdy dzień mija, gdy nikt nie patrzy kobiety pozwalają sobie na słabość, czasem na łzy w poduszkę, czasem na głośne lub bezgłośne przekleństwo. Gdy nikt nie patrzy jesteśmy przez chwilę sobą. A potem?...kolejny dzień, kolejna maska i do przodu. Maska skrywa nasze emocje, a nikt nie chce widzieć, że coś nas trapi. Bo problemy mają inni, a my? sielanka i wieczne wakacje.
A ty kim jesteś gdy nikt nie patrzy?

niedziela, 25 września 2016

Rodzinne opowieści

,,Babcia stała na balkonie, dołem dziadek defilował,,... hm... u nas w rodzinie jak się okazało praprababcia załamywała ręce, a prapradziadek przegrywał majątek w karty.
Wiecie jak to jest. Spotkania rodzinne zwłaszcza, takie w wielopokoleniowym gronie zawsze obfitują w opowieści różnej treści. Te wszystkie prababcie, babcie, dzieci, wnuczki i prawnuczki. I te ich wspominki, wyznania, ploty.  I wtedy się zaczyna- A pamiętasz? a wiedziałeś o tym, że? a opowiem po raz setny, bo pewnie nie wszyscy jeszcze słyszeli. Jak to? wszyscy słyszeli? no ale nie zaszkodzi opowiedzieć po raz nie wiadomo który.
Niektóre opowieści są jak odgrzewane kotlety opowiadane wciąż od nowa i od nowa przy każdej nadarzającej się okazji. Niektóre z nich wzbogacane o jakieś nowe fakty, a niektóre? odkopywane jak perełki z zakamarków pamięci, a może i niepamięci o niechlubnych dziejach rodu lub osobach.
Taaa... zawsze lubiłam słuchać opowieści z tzw. trupem w szafie. I u mnie w familii jak się okazało takowy był. No może niezupełnie trup, chyba że wliczając w to uśmierconą godność młodziutkiej dziewczyny.
Mój prapradziadek podobno przystojny był bardzo, kobitki rzucały w jego kierunku powłóczyste spojrzenia, ale on większy pociąg miał do hazardu niż do płci pięknej.
Jakiś dworeczek drewniany był w jego posiadaniu i ziemi sporo również, która niestety topniała po każdym jego ,,zasiąściu,, do karcianego stołu. Karty w ręce dawały mu poczucie szczęścia - pewnie w myśl zasady, że tym razem na pewno się odegra... niestety tracił coraz więcej.
Paraprababka pewnie mniej szczęśliwa była gdy mu karta nie szla, ale co kobicina mogła mieć do gadania?, takie to były wtedy czasy, że kobita morda w kubeł, a o feminizmie pewnie jeszcze nikt nie słyszał. Kobieta posłuszną miała być i basta. Dlatego babka patrzyła bezradnie jak majątek topnieje. Jej wiano prawdopodobnie wniesione w posagu poszło na pierwszy ogień. Gdzie prapradziadek miał rozum? na pewno nie w głowie.
Ich dorosłe już dzieci, w tym moja prababka, przymusiły w końcu ojca by część ziemi na nich przepisał lub spieniężył i kasę im dał  by chociaż uratować co się jeszcze da z rozpływającej się w dymie z cygar wypalanych przy karcianym stole ojcowizny.
Został dworeczek, który zaczął podupadać i ...szesnastoletnia wówczas córka. Moja cioteczna prababka. Nie miał co pra... coś tam dziadek zastawić więc zastawił córkę. I przegrał niestety. Musiała iść za mąż za wiele od siebie starszego faceta. Też karciarza. Niby to były czasy gdy małżeństwa były aranżowane, ale tak poprzez karty? jak rzecz na stół rzucona?
Żałuję, że nie poznałam chociaż moich pradziadków i że tej historii nie usłyszałam wcześniej, wtedy przycisnęłabym mojego jeszcze wtedy żyjącego dziadka i poprosiła by opowiedział jakiego to on miał dziadka wierachę. Na pewno w rodzinie gadali. A losy tej nieszczęsnej dziewczyny przegranej w karty? jak się ułożyły? jakie miała życie?
Wyszukałam datę zaślubin w internecie ze spisu Ogólnopolskiego spisu małżeństw. I imiona się zgadzały i parafia, panieńskie nazwisko praprababki też. Za wiele nie dało się wyszukać, albo jeszcze nie znalazłam odpowiednich ścieżek, którymi mogłabym powędrować w wirtualnym świecie by obraz rodziny z tamtych czasów nakreślić.
Na przyszłe wakacje w planach wycieczka w tamte strony, może są jakieś archiwa, może historie przekazywane z pokolenia na pokolenie, może jakieś ślady dworku, Chociaż skoro drewniany był to na wiele nie można liczyć... Ale może w okolicach legenda jakaś krąży o moim niesławnym prapradziadku? może...

niedziela, 28 sierpnia 2016

Imprezowo - urlopowo.

No dobra. W końcu rozłożyłam mój laptop, bo do opowiedzenia coś mam i opowiem. Trochę czasu się znalazło, dlatego śmigam paluszkami po klawiaturze. A ostatnio tego czasu jak na lekarstwo. Nie będę dzwoniła łyżeczką w kieliszek jak podczas przemowy weselnej, bo niejeden już taki unicestwiłam. Gadać umiem, za to dzwonić bez tłuczenia nie, więc bardziej nadałby się rondelek z chochelką. Ale ja nie o tym, nie o tym, nie o tym-- jak zwykle zresztą ;).
Było przedurlopowe szaleństwo w pracy, a potem pourlopowe szaleństwo w pracy... W pracy? akurat. Pierwsza myśl po urlopie- kamieniołom. A sam urlop? nooo mój urlop to była jedna wielka niekończąca się impreza. I sama już nie umiałam rozgraniczyć gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga. Bo i ludzie ci sami i wciąż głośno i ze śpiewem i z tańcami i po polsku. Tradycyjnie, ale i nowoczesność wszędzie się tam szarogęsiła i chyba o to właśnie chodzi by obie potrafiły się dogadać. Znaczy się ta nowoczesność i ta tradycja.
Same rodzinne uroczystości. Zaczęło się od panieńskiego przyszłej bratowej-teraz już obecnej (witamy w rodzinie), które przeszło w weselisko brata, po drodze jeszcze świętowaliśmy okrągłe siedemdziesiąte  urodziny taty, nie wspominając już o nieokrągłych urodzinach i imieninach mamci, a na koniec jak wisienka na torcie impreza osiemnastkowa naszej latorośli.
Nogi na obcasach wołały o pomstę do nieba, za to żołądek wysyłał mnie do wszystkich diabłów. Ale w myśl zasady- raz się żyje- pozostawałam głucha na ich pomstowanie. I dalej go i wszyscy razem i wężykiem i w kółeczku. Daj mi tę noc, bajla bongo, ona tańczy dla mnie ... jeszcze teraz w głowie szumi jakieś disco polo, a mięśnie nóg drgają nerwowo na samo wspomnienie hulanek. A wznoszone toasty odbijają się czkawką ;).
Raz się żyje, tyle że pod koniec urlopu mój duch chciał wyzionąć, a dusza chciała do raju.
Chociaż jak tak sobie teraz pomyślę, to mogłabym tak jeszcze raz :). A co tam.
I było tak po naszemu, rodzinnie, po polsku i z tradycją. I znów mi się tęskni.





sobota, 16 lipca 2016

Anioł Stróż wziął sobie wolne

Ja to mam jakieś zezowate szczęście do dziwnych wypadków, przypadków, zdarzeń...
Jak nie ja kogoś puknę, to mnie pukną, jak ja czegoś nie zgubię to mi ukradną. I za każdym razem mam nadzieję, że limit pechowych sytuacji mam już wyczerpany. No ale nie... wciąż dostaję jakieś bonusy, gratisy i dodatkowe pechy do wykorzystania.
A mój Anioł Stróż ? ten to chyba wziął sobie urlop i zapomniał o tym, że taki urlop się kiedyś kończy... albo wziął nogi za pas... lub  też schlał się na służbie i zasnął z nosem w sałatce ;). Ewentualnie przygruchał sobie jakąś anielicę coby mu nudno nie było. I teraz gruchają razem w najlepsze, a mnie ma w nosie, żeby nie powiedzieć w d... tiruriru.
Tak czy siak, ja wiem że samodzielna ze mnie kobitka, ale taki stróż za plecami to by mi się przydał, chociażby po to aby walnąć mnie przez łeb gdy robię jakąś głupotę, lub pacnąć mnie w plecy gdy pech się zbliża, albo tak jak ostatnio nadepnąć mi w porę na język gdy moje słowa są szybsze niż myśli...
 Ja wiem, że niełatwe ze mną życie, ale... na obczyźnie to zawsze jakoś tak trudniej. Nawet przyjąć na ten przykład mandat, czy upomnienie. Zawsze można udać głuchego, nic nierozumiejącego, lub w ogóle niekumatego w cztery d..., ale kwota na blankiecie napisana międzynarodowymi cyframi bije po oczach. I gdzie ten mój Anioł coby mnie ustrzegł, lub jak czarodziej wymazał moje potknięcia zaczarowaną gumką myszką?
Chyba za tym moim Aniołem wyślę list gończy, albo dam ogłoszenie, że szukam kogoś odpowiedniego na to stanowisko. Może się jakiś odważny zgłosi. Przeloczę tylko , że ze mnie niezłe  ziółko jest ;).

niedziela, 3 lipca 2016

Powroty...?

Się było w Polsce, się przetańczyło dwa wesela, 6 dni minęło i się wróciło tutaj. Znowu...
Wróciło? chyba tak. Chyba zaczynam wracać, a nie bywać...tymczasowo.
I tak sobie myślę, że dom jest tutaj w Norwegii i dom jest tam w Polsce. Każdy inny, a przecież każdy mój. I te podróże w jedną i w drugą stronę i za każdym razem powroty, już nie odjazdy... i emocje i oczekiwanie.
Kiedyś - przeświadczenie, że dom jest tam gdzie wszystko bliskie, że tutaj to tylko lokum, miejsce na chwilę, na tymczasem, na pewno nie na wciąż.
Kiedyś - myślałam sobie, że nigdy nie będę mogła nazwać domem tego co tutaj, a jednak....
Przecież stworzyłam go i umeblowałam nie tylko sprzętami. On sam umeblował się naszymi emocjami, sercem, radością, sukcesami i niepowodzeniami, po prostu naszą codziennością... i
tu jest rzeczywistość, praca, szkoła, codzienne życie, stabilizacja.
A tam? tam jest dom dzieciństwa, rodzice, wakacje, marzenia o powrocie kiedyś tam... może dom w Polsce jest utkany bardziej z marzeń. Z marzeń i planów, że kiedyś tam wrócimy... kiedyś.
I myślę sobie, że w Polsce jest dobrze, dlatego, że jestem tutaj..spokojniejsza.
Ludzie mówią różnie, że tu jest dobrze, a tam źle, albo że tu jest źle i tam jest źle... a może tam dobrze, a tu jednak źle... a może tam źle, a jednak lepiej, bo u siebie? wiem... masło maślane i kołowrotek myśli niezrozumiałych, ale to są dylematy i częste tematy dyskusji emigranta.
Słyszę głosy tu i ówdzie, że nie będzie do czego wracać. Być może. Ale chciałabym kiedyś, bo...
tam nawet niebo ma piękniejszy kolor.


poniedziałek, 13 czerwca 2016

18 lat temu... godzina 14.20

Jakiś dawny czas temu gdy bociany zaczęły strajkować i w ,,tych sprawach,, trzeba było sobie radzić inaczej, mój brzuch posłużył pewnej maleńkiej zawodniczce za salę treningową. Salta, fikołki, przewroty z wyskokiem i wykopem były na porządku dziennym. Swoje waleczne umiejętności ćwiczyła na mnie... od środka.
A to pojawiał się zarys małej piąstki, a to stópki, a to zarys malutkiej główki. Czasem miałam wrażenie, że w moim brzuchu odbywają się zajęcia z kickboksingu, a moja mała zawodniczka za wszelką cenę chce być prymuską. Uff...
Przyszedł czas by tę salę treningową opuścić i okazało się, że mój mały zawodnik wypiął się maleńką pupką na cały świat. A może od samego początku chciała zamanifestować, że ma wszystko w głębokim poważaniu?
Sala operacyjna, narkoza, dźwięk włączanych lamp. A potem? z oparów opadającej narkozy usłyszałam wesoły głos- ma pani córkę, 2700 waga, 51cm długa, a gdzieś z boku ktoś sceptycznym głosem dodał- nie będzie pamiętać. Pamiętałam. Zostałam mamą.
Dziwne to było uczucie. Radość przeplatała się z obawą czy podołam tej roli. Od tego czasu mija dziś 18 lat. Nie należę do matek idealnych, a sama rola do łatwych nie należy, jednak nie żałuję. Warto było :).

piątek, 3 czerwca 2016

Stasek od worecków ( ze wspomnień Polki na wygnaniu)


Mamy sąsiada i muszę, no po prostu muszę o nim napisać :)...
             Gdyby producenci od Jana Niezbędnego, czy jakiegoś innego czorta produkującego woreczki, torebeczki, duperelki i tym podobne, poszukiwali człowieka do reklamy ich produktów to mam takiego kandydata, że po obejrzeniu reklamy wszyscy by go zapamiętali, a sprzedaż worków na śmieci wzrosła by na pewno.
             W naszym bloku wynajęło mieszkanie dwóch Polaków. Jeden z nich Stasek zadzwonił kiedyś do naszych drzwi i zaproponował, że załatwi nam << worecki>> do śmieci, bo  <<moze, jakby nie mógł to by nie załatwił, ale moze to załatwi>> :)))....
             Ok... niech załatwia, skoro chce i może... Stasek słowny jest, więc na drugi dzień znów zadzwonił do drzwi trzymając rolki << worecków>> w ręku...
             I tu nastąpiła instrukcja obsługi ;))--- tu mos worecek, biezes, urywos, wkłados i mos :)))).....
             Ledwo zdołałam wykrztusić słowo -- dziękuję, bo ze śmiechu mało się nie udusiłam...
             Stasek grzeczny jest i uczynny, a ja teraz biere worecek, urywom, wkładom i mom :)))).... i za każdym razem przy wynoszeniu  śmieci wesołość mnie ogarnia :)...




czwartek, 26 maja 2016

Dzień matki :)


Tydzień temu przy okazji porządkowania szuflad wpadło mi w w ręce pudełeczko pełne karteluszek i tak mi się rzewnie zrobiło i tak mnie rozczuliło i wprawiło w dobry nastrój. A że dzisiaj akurat święto wszystkich mamusiek, więc post jest jak znalazł.... nie żeby ktoś go szukał ;).
Dwa lata temu z okazji Dnia Matki od moich dzieci zamiast kwiatów dostałam ozdobny słój wypełniony różowymi i niebieskimi karteczkami, a na nich...wypisane było jak mnie widzą, jaka jestem, za co mnie kochają. Z każdą przeczytaną karteczką moje oczy zaczęły szukać coraz bardziej mokrego miejsca. I w końcu znalazły, bo czytając ostatnią karteluszkę litery mi się rozmazywały, a łzy płynęły po mym obliczu ( jakże pięknym muszę dodać :P).
Ale jak tu się nie wzruszyć gdy czyta się między innymi takie słowa?

albo i takie ...

       
I żadne kwiaty tego świata, żadne ogrody, a nawet całe plantacje tulipanów (moich ulubionych) nie byłyby bardziej cenne niż ten słój wypełniony niebieskimi i różowymi karteczkami, a na nich cała ja- widziana oczami moich dzieci. 
Tak więc mamusie wszystkiego najlepszego dla Was :).



niedziela, 15 maja 2016

17 maj

Nastał w Norwegii dłuuugi majowy weekend. Każdy z tego powodu radosny, wyluzowany, szczęśliwy. W końcu 4 dni laby to nie byle co ;).  Się ma , się korzysta, się odpoczywa.
Zbliża się bardzo ważne narodowe święto Norwegów- Święto Konstytucji. Odpowiednik naszego 3-go maja. 
To, że wkrótce będzie 17 maja widać wszędzie, zwłaszcza w sklepach. Wtedy wszystko przyobleka się w narodowe barwy- czerwień, niebieski i biel. W kwiaciarniach bukiety kwiatów układane są w tychże kolorach. W sprzedaży są serwetki, świece, trąbki, bębenki i wiele innych akcesoriów wszystko nawiązujące kolorystyką do norweskiej flagi. Nawet piknikowe naczynia jednorazowe też nawiązują do barw narodowych.

Również cukiernicy prześcigają się tworzeniu patriotycznych smacznych dzieł.

I gdy nadchodzi ten dzień rankiem 17 maja w wielu miejscach Norwegii słychać wystrzały z armat i wszędzie powiewają norweskie flagi. Tak rozpoczyna się celebrowanie jednego z najważniejszych dni w roku- Dnia Konstytucji.
 I nagle chłodni Norwedzy robią się bardzo serdeczni, uśmiechnięci, wylewni. Radosnym pozdrowieniom na ulicach nie ma końca.
Przywdziewają swoje narodowe stroje zwane bunadami.

Tego dnia organizowane są korowody, które zachwycają mnogością kolorów, różnorodnością prezentowanych pokazów i na które ja sama chętnie pędzę i występuję w roli widza, bo jest na co popatrzeć. Tańce, hulańce, swawola, śpiewy. Pokazy motokrosowe, akrobatyczne, teatralne, woltyżerka i wiele wiele innych.
Oczywiście wszyscy obserwatorzy czekają na wystąpienie w korowodzie rusów, czyli norweskich maturzystów, którzy w ostatnim dniu laby, przed czekającymi ich egzaminami popisują się i wygłupiają. Ich występ często odbiega od obyczajowości i czasem przyzwoitości( może dlatego zawsze idą na końcu ;)), ale nikt nie czuje się zgorszony. Wszyscy są rozbawieni i pozytywnie nastawieni. I chyba o to właśnie w tym chodzi. Sama radość, zero przymusu.


Mimo iż jestem Polką zazdroszczę im tej radości i tego w jaki sposób świętują ciesząc się świętem konstytucji i niepodległością. Nie ma tutaj jak u nas bezsensownych demonstracji, rozbojów, czy aktów wandalizmu. Napuszonych politycznych przemówień też ludziom oszczędzono ;P. Za to jest sama radość, jedność i wspólnota w dzieleniu się swoją radością. I to jest chyba najważniejsze.
Żałuję, że my w Polsce nie potrafimy tak świętować, że nie potrafimy się tak cieszyć. Może dlatego, że nie dorośliśmy? a może nas nie nauczono? i może by się i chciało uczcić to jakoś, ale strach na ulicę wyjść by w łeb nie oberwać, gdy ci najbardziej patriotyczni ubrani w dresy demolują w około co się da.
Kiedyś jedna Norweżka zapytała się mnie czy u nas też są ulice przystrajane kwiatami, flagami itp... hmm.. odpowiedziałam, że u nas ulice są przede wszystkim obstawione policją w pełnej gotowości, gdy co poniektórym myli się święto państwowe z polem bitwy. Ot co...


czwartek, 5 maja 2016

Czytam i nie wierzę

Napisano mi w komentarzu-- czas na nowe słowa. Ale jak tu pisać gdy zaniemówienie mnie dopadło?
Udało mi się odzyskać część notek z bloga zmiecionego przez interię. Dzięki ci Szaa...
Czytam tą moją Polkę na wygnaniu i myślę sobie... aś kobito wtedy wypisywała.
Teraz z perspektywy czasu widzę jak dużego dystansu nabrałam do pewnych spraw, jak wiele zrozumiałam, no i chyba wreszcie dorosłam. Kiedyś wreszcie trzeba było ;).
Niektóre notki wciąż aktualne, wciąż na czasie, niektóre....hmmm  wymazać, zamazać, oddzielić grubą kreską.
Ale wspomnienia napłynęły... Kawałek mojego życia, przeżyć, uczuć, emocji. Kawałek dawnego blogowego azylu. Mojego.
Tamtej mnie już nie ma.... no bo wiecie, zostało tylko to co najlepsze hahaha.

piątek, 15 kwietnia 2016

To nie krytyka, to moje zdziwienie

Ludzie nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Ta notka wyszła długa, bo i moje zadziwienie jest ogromne.
Chodzę na siłownię i aby czas przyjemniej mi leciał gdy biegam na bieżni czy fikam na orbiterku, włączam sobie cosik na youtube i oglądam. Filmy, poradniki, kabarety. A nie... kabarety już nie, bo oglądając na ten przykład kabaret Nowaki, i sądząc po spojrzeniach i minach innych musiałam wyglądać jak mały chichoczący chochlik ze słuchawkami na uszach mknący po bieżni :P.
Tak więc Nowaki w zaciszu domowym tak, na siłowni zdecydowanie nie. Ale ja nie o tym, nie o tym, nie o tym.
Zmierzam do tego, że skoro coś oglądać mi się chciało, to skakałam po youtube i trafiłam na video blog.
Ł o   m a t k o. I jeszcze raz   ł o   m a t k o.
Naprawę? takie rzeczy się filmuje i dodaje? no to  ł o   m a t k o  raz jeszcze.
Pani blogerka. zaczyna każdy film od podania daty, godziny, temperatury. Potem, o której wstała i że umyła zęby i że w ogóle się umyła, dobrze że innych czynności poranno-fizjologicznych nie wymienia, a może i wymienia, ale wszystkiego nie oglądałam. Chociaż prezentacja mycia się też była, dobrze, że nie wszystkich części ciała ; ). Potem, że się ubrała albo i nie, bo często występuje w rozchłestanym szlafroku.
Podkreśla, że każdy dzień zaczyna od oglądania youtube, kręcenia swoich filmików dla fanek, potem śniadanie i kręcenie, potem coś tam podziała z dziećmi, lub w domu oczywiście nie rozstając się z kamerą.
Język pani blogerki jest hmm...prosty, a sposób wypowiedzi, jakby tu powiedzieć... też prosty, w zasób słów ograniczony. Masakra, maskara, masakra- słowo, które przewija się często wyrażając zarówno złość, jak i podekscytowanie, czy nawet wzruszenie. Ale już tam...
I tak pani blogerka ubrana w szlafrok, pokazuje np jak sprząta mieszkanie na święta. I bezustannie nawijając do kamery, macha tą szmatą po segmencie i wpycha szmatę pod książki-nawet nie zdejmując ich z półki. W komentarzach pod filmem?- och, ach, super, mieszkanie wysprzątane na święta. I czy tylko ja widziałam w tym niedosprzątanie?
Pani blogerka demonstruje przygotowany obiad, czyli ugotowany ryż, zalany gotowym sosem pomidorowym z kartonu, do tego wkrojone jajko na twardo i przekonuje, że to bardzo pożywne i szybkie danie.
Komentarze? ach, och, super, szybki obiad, taki niepracochłonny... no pewnie, że musi być szybki, żeby było więcej czasu na nagrywanie, ale czy pożywny? w sumie się nie czepiam, każdy stoi finansowo inaczej, ale...
W następnym ujęciu pani blogerka chwali się samoopalaczem kupionym za ok 200zł. Na czymś przyoszczędzić trzeba było, by kupić kosmetyk, więc padło na obiad ;). Ogólnie ten video blog mógłby robić za informację cenową, po pani bardzo się stara i prezentuje i podaje ceny wszystkiego co kupiła od artykułów spożywczych, poprzez kosmetyki, ubrania, aż do nieważnych pierdół.
Pani blogerka pokazuje też jak spędza czas ze starszym dzieckiem, gdy młodsze śpi. Czyli siedzą po dwóch stronach stołu, rysują, przy czym pani blogerka cały czas nawija do kamerki o swoich sprawach, nie zamieniając ze swym dziecięciem ani słowa.
Komentarze? oczywiście ach, och, super odnoszące się do nawijania blogerki, o dziecięciu nikt nie wspomni.
A opisywanie z detalami swoich wymiotów, czy szczegółowe opowiadanie o popsutych zębach sztuk dwie i ich leczeniu, wydaje mi się cokolwiek niesmaczne. Już nie wspomnę o pokazywaniu w zbliżeniu ileż to ma się śmieci na dywanie, bo nie ma kiedy posprzątać.Trudno jest nawijać do kamery i jednocześnie odkurzać,Odkurzacz zagłuszyłby wywody o wszystkim i o niczym. Z czegoś zrezygnować trzeba. Na pewno nie z kamery :P.
Fakt, że dzięki temu jednego wieczoru obie z córką mało nie pospadałyśmy z kanapy, zanosząc się śmiechem. Potem jeszcze w łazience myjąc zęby, upaćkane pastą kwiczałyśmy do lustra. Czyli można się w tym video blogu  dopatrywać nawet wątku humorystycznego.
Dalej pani blogerka podkreśla, że dzieci wychowuje, chroni i daje im dobry przykład. Przy czym wdaje się w parku w kłótnie ze starszym panem, w obecności dzieci, a potem jeszcze raz dzieci są świadkami całego zajścia, gdy pani blogerka już w domu relacjonuje do kamerki całą sytuację, modulując głos by naśladować pana, oraz wyzywając go od starego dziada i śląc ku niemu tym podobne epitety.
I mimo iż pani blogerka racji w tym sporze nie miała to jakie są komentarze? ach, och, super, dobrze mu powiedziałaś, a niech stary dziad ma, a dobrze mu tak...
Wtf? i moje zdziwienie jest ogromne i zastanawiam się kto to komentuje i... kliknęłam na jedną z osób... Kolejna pani blogerka. Wiek średni. Lat ok 50. Ubrana jak nastolatka, modulująca głos na taką dzidzię piernik i zachowująca się jak nastolatka.
Ach, och tiruriru-pokażę wam moją szafę-sukieneczki, bulzeczki, spódniczusie i spodeneczki. Ach och tiruriru pokażę jaki kremik, pomadeczkę, perfumeczki sobie kupiłam.
Hmm... są blogi nagrywane przez nastolatki i tych blogów pani musiała się naoglądać sporo, a teraz wiernie je odtwarza w wersji gammel-- nastolatka kilkadziesiąt lat później.
Skąd moje zdziwienie? ja wiem, że w necie pokazuje się wszystko. Tylko czasem oczekuje się by to miało jakieś ,,ręce i nogi,,, By było chociaż - Jakieś. A wszystkie te blogi są.... stylizowane na nastolatki ileś tam lat później.
Może ja za dużo oczekuję, może się i czepiam, może moja notka jest taka trochę prześmiewcza, a moje zdziwienie nieuzasadnione? a może jestem po prostu niedzisiejsza.
Każdy z nas pokazuje jakąś część siebie, obnaża się w pewien sposób czy to pisząc czy to filmując.
I dlaczego nie razi mnie pisanie o sprawach  prozaicznych, z życia wziętych, czasem nawet kontrowersyjnych, ale napisany w taki sposób, czy to humorystyczny, czy nawet poważny, że nie czujemy się zniesmaczeni, lecz rozbawieni i pozytywnie nastawieni. Nawet jeśli jest to o popsutym zębie ;).
Tak... chyba jednak jestem niedzisiejsza.
No to co? to może iść z duchem czasu i...
Wstałam dzisiaj o 6.45. Umyłam się, ubrałam, zjadłam śniadanie, o 8 pomknęłam do pracy, około 14 wracając z pracyz robiłam zakupy i ser kupiłam, żółty, w promocji, za połowę ceny był. Na obiad, ponieważ to piątek i dzień obiadowy pana męża- była pizza, czasem dla odmiany jest kebab. Cwaniak nie chce przy garach stać. Nie będę przekonywać, że to pożywne jest :P. A po południu pralka, taniec z mopem, potem książka. Acha , a mój szlafrok jest biały :P.
Ł o   m a t k o.
A jaki kolor mają wasze szalfroczki ? ;)

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Jaki kolor ma Twoje życie, a szczęście? jaki ma kolor?

My na emigracji to mamy życie kolorowe ;), przynajmniej takie przekonanie panuje.
I malują nam tutaj i kolorują, i tak barwnie jest i cudownie jest. Dosłownie ,,Barwy szczęścia,, na żywo, a w tle rozbrzmiewają nam ,,Kolorowe jarmarki,,, I wszystkie kolory tęczy darowane nam są na tacy. A jak, na bogato, a co... jak to na emigracji.
Niestety nie jest tak dobrze i każdy musi sam sobie wymalować to życie, nie oglądając się aż przyjdzie jakiś malarz i zrobi to za nas, by było lepiej, kolorowiej, cudniej. Bo nie ma chętnych by takiej fuchy się podjąć.
Owszem czasem jest tak, że pojawi się jakiś domorosły fachowiec, który zamiesza nam w farbach i pędzlem pomacha i nagle życie nam kolorami rozbłyszczy i fajnie jest i miło jest i jakoś tak radośnie, dopóki kolorki nie zbledną i nie przyciemnieją. A szczęście nie zrobi się poszarzałe.
No to malujemy sami. Niby po to nam dano farby aby malować swój świat, to swoje życie, ale...
 człowiek czasem macha tym pędzlem bez opamiętania, złocąc i różowiąc tą rzeczywistość, która trochę złudną jest. I to szczęście, co nam się szczęściem wydaje.
A gdy kolory wyblakną, lub ktoś inny ciemnią zaleje te wymalowane przez nas barwy, wtedy tak ciężko robi się na duszy i pyta się człowieczyna po co to było, po co dano mi ten pędzel w łapę?
chyba lepiej niech to nasze szczęście będzie w spokojnych barwach,...niech nie daje głębią koloru po oczach, ale stonowaną barwą koi duszę.
Jaki kolor ma moje życie? teraz? spokojny, pastelowy, zwyczajny. Może właśnie tego było mi trzeba. Tych pasteli, a nie tych złocących się, skrzących intensywnymi barwami chwil. A i szczęście wydaje się wtedy bardziej jasne, gdy nie oczekuje się zbyt wielkiej palety barw :).

piątek, 8 kwietnia 2016

Russ

Od dzisiaj na ulicach Norwegii królują czerwone ogrodniczki. I nie jest to bynajmniej nowa moda, styl, new look, lecz tradycja, zwyczaj- jednym słowem czas maturzystów w Norwegii.
Podoba mi się ten ich zwyczaj. Dla mnie to właśnie on zwiastuje tutaj wiosnę. Nie jaskółeczki, nie kwiatuszeczki, lecz czerwone spodnie :). Kolory spodni są również zielone, niebieskie- w zależności od profilu szkoły,  jednak czerwone przeważają.
Skąd wzięła się tradycja czerwonych spodni? wersji jest wiele i nie do końca wiem, która jest najbliższa prawdy.
Faktem jest, że norwescy maturzyści przywdziewają w kwietniu czerwone spodnie i urzędują w nich aż do 17 maja.
W Polsce uczniowie mają studniówkę i maturę, w Norwegii russy czyli ichni maturzyści mają russefeiring- niekończący się czas zabaw, imprez i ...maturę. To ich czas- russetiden. Czas russów, czas maturzystów.
Ubrani w czerwone spodnie, zbierają się w grupy, wynajmują busy albo vany- koniecznie w kolorze czerwonym, ozdabiają, malują, wypisują na nich swoje imiona. Drukują osobiste wizytówki ze swoim zdjęciem, oraz informacjami o sobie w wersji humorystycznej.
Na stronach internetowych szkół pojawiają się zadania, które mają do wykonania. Zadania są różne- jak np zamiana płci na jeden dzień w stroju, przejście 1 km na kolanach, wsiadanie do stojącego na światłach samochodu i wyjście drugimi drzwiami i masę masę różnych innych.
Każde zadanie to kolejny supeł na sznurku przyczepionym do czapki maturzysty. Im więcej zaliczonych zadań, tym więcej supłów, więcej przyczepionych do sznurka pierdół i tym samym większy szacunek ;).

Zwyczaj obrzucania się jajkami, oblewania wodą i obsypywania mąką pomiędzy szkołami nikogo nie dziwi. Wszyscy przymykają oczy, to na ich szczęście, to ich czas. Również od władz mają dyspensę. Oczywiście i ta dyspensa ma swoje granice.

Czas oczekiwania na egzaminy upływa im bez stresu, na zabawie, spędzaniu czasu razem, imprezowaniu. Na jeden weekend w maju największe lunaparki w Norwegii są zamykane i udostępniane tylko maturzystom- zjeżdżają się z różnych stron.

Oczywiście jest i szkoła i nauka, ale wszystko bardziej na luzie. Szaleństwo przedmaturalne kończy się 17 maja, gdy ostatni raz występują w czerwonych spodniach, biorąc udział w pochodzie z okazji norweskiego dnia konstytucji (odpowiednik naszego 3 maja).,  Potem zaczyna się czas powrotu do książek i egzaminów.

W Polsce maturzyści na ulicach są niewidoczni, wtopieni w otoczenie, nie wyróżniają się pośród tłumu.. Zestresowani, przejęci, przeżywają zbliżające się egzaminy, analizują, przerabiają, przemielają, wkuwają.
Pamiętam, że ja sama przechodziłam przez czas oczekiwania na matury i czas samych matur bardzo stresująco. Już na miesiąc przed piłam hektolitry melisy, podobno miała pomóc...  w coś trzeba było wierzyć, gdy nerwy człowieka zżerały już na samą myśl ;).
Przykład norweskich maturzystów pokazuje, że można naprawdę radować się tym czasem i czekać na ten okres z niecierpliwością. I ten okres pozostaje w pamięci na zawsze. I to nie jako czas stresu, tylko szaleństw, zabaw, radości.
Myślę, że to jest ten czas na ostatnie szaleństwa nim ostatecznie przejdzie się w dorosłość. Po prostu celebrowanie beztroskiej młodości. Niektórzy skończą szkołę i pójdą na studia, inni podejmą pracę. Zacznie się prawdziwe życie.
Może właśnie tak powinno się to odbywać.. chociaż...
Ten zwyczaj bardzo mi się podoba, ale nie jestem pewna tego, czy będzie mi się również podobał za rok, gdy moja córka wstąpi w szeregi russów, przywdzieje czerwone spodnie i gdy poznam wszystkie te zwyczaje od podszewki. I o ile czerwonymi spodniami nie przestaję być zachwycona, bo na ulicach od razu robi się wesoło, o tyle historiami o imprezach i co się tam dzieje to już nie koniecznie. Jednak matka kwoka bierze górę nad zachwytem i włącza mi się zamartwianie na zapas :P,.. chociaż... chyba trochę zazdroszczę, też chciałabym być takim russem w czasach gdy to ja przygotowywałam się do matury :).


piątek, 1 kwietnia 2016

I do Norwegii przychodzi wiosna



Dostałam od synka kwiaty wiosenne. Co prawda tylko na zdjęciu, przesłane przez telefon, ale zawsze :)...
Kiedyś moje dziecię wracając ze szkoły przynosiło mi naręcza kwiatów do wazonów. Zrywało po drodze wszystkie chwasty, które tylko były ukwiecone. A potem ja pieczołowicie ustawiałam je w wazonach, wazonikach, a jeśli kwiatuszki były urwane przy tak zwanej samej doopie i łodyżki było brak, to nawet w kieliszkach.
Wiosna powoli i do Norwegii przybywa. Jeszcze trzeba owijać szyję szalem, a i puchowej kurtki nikt do szafy nie chowa. Jeszcze rano rękawiczki są dobrym przyjacielem dłoni gdy trzeba skrobać szyby w samochodzie, ale czekamy na te ciepłe dni.
Czasem ma się wrażenie, że wiosna w Norwegii przychodzi, a zaraz po niej następuje jesień. Lato jakby przemyka niezauważone, nieśmiałe, bledziutkie. I niby wszystko wokół skrzy się kolorami i niby zieleni soczystą zielenią aż do pierwszych przymrozków, tylko ta temperatura wcale nie wiosenna, ani nie letnia. Czasem aurze zdarza się pomylić i do Norwegii zawitają upały. Zwykle nie trwają długo, ale tak bardzo cieszą. I wtedy puste plaże zazwyczaj tylko ze spacerowiczami robią się zaludnione, kolorowe, rozkrzyczane, pełne życia. Spacerowiczów zastępują plażowicze.
Mieszkam w takiej części Norwegii, w której nie ma ani prawdziwej zimy, ani prawdziwego lata( no chyba, że aura akurat się pomyli). Jako zmarzlak nad zimą nie ubolewam, ale nad brakiem lata bardzo.

A to początki mojej wiosny na tarasie :). Niby nic, a oczy cieszy.





czwartek, 24 marca 2016

God Påske - czyli Wesołych Świąt

Święta Wielkanocne na obczyźnie stały się już dla nas normą, a może bardziej koniecznością. Bo jak ograniczoną ilością urlopu obdzielić cały rok?
My Polacy świętujemy biesiadnie, za stołem, z masą jedzenia. To czas aby nadrobić rodzinno -towarzyskie zaległości, by w gronie rodzinnym złapać oddech, nawet gdy to łapanie oddechu wiąże się ze staniem przy garach, mieszaniem, pieczeniem, ubijaniem.
I ja też staję przy garach, chociaż kucharka ze mnie tęga nie jest (dosłownie i w przenośni hah) i mieszam w tychże garach i chyba  z jakimś nawet skutkiem, skoro jeszcze nikt się nie potruł :P.
 I co roku mówię sobie ostatni raz, koniec, szlus, .... w przyszłym roku wynajmujemy hyttę (domek w górach, nad jeziorem czy obojętnie gdzie) i grillujemy jak tubylcy.
Norwedzy święta spędzają bardziej aktywnie, w plenerze, gdzieś w górach, nad jeziorami, czy po prostu grillując na nadmorskiej plaży. A i jeszcze mają zwyczaj czytania w Wielkanoc kryminałów. W sklepach pełno jest pozycji tzw. påskekrim, czyli wielkanocny kryminał. Skąd wziął się u nich tez zwyczaj? za diabła nie mogę się od nikogo dowiedzieć. Po prostu jest i już.
I ja co roku zapowiadam, że w następne święta wyjeżdżamy w diabły, pan mąż będzie obsługiwał grill, pies będzie ganiał za wszystkim co się rusza, a ja będę czytać kryminały. A że mól ze mnie książkowy, to byłoby mi naprawdę świątecznie. Tylko pewnie w tle byłoby słychać marudzenie dzieci-- internetu brak, a uroki natury nie cieszą, są nudne, itp...
I przychodzą kolejne święta i ja znów targam siaty z zakupami, staję przy garnkach, mieszam, piekę, ubijam. I chyba to ta polska kultura we mnie zakorzeniona i rodzinne tradycje wyniesione z domu sprawiają, że na okiennym parapecie znów siedzą zajączki w sąsiedztwie tulipanów, a na ławie w wazonie pysznią się żółte żonkile (po ichniemu påske lilie), stroiki z jajek i kurczaków w zielonych gałązkach bukszpanu ozdabiają stół. I za chwilę świąteczne aromaty wypełnią dom.
Może to to tradycja, a może po prostu potrzeba serca by było tak jak w domu...u rodziców.
A ponieważ w Norwegii już od dzisiaj są święta, życzę Wam wszystkim Wesołych Świąt, spędzonych tak jak sobie życzycie, ale żeby były radosne, ciepłe, szczęśliwe :). God Påske dla wszystkich :)

poniedziałek, 14 marca 2016

,,Kobieta się stała,,

Andrzej Poniedzielski napisał :
,,Gdyby kobietę abstrakcyjnie przewiesić przez trzepaka ramę
I tak dokładnie i solidnie to zrobić, co z dywanem
To uleciałyby razem z wiatrem: obłuda, fałsz i pruderia
Zarozumialstwo i obżarstwo, pycha, egoizm, kokieteria
Te wszystkie: czemu tyle palisz?, te wszystkie: znowu piłeś
Te wszystkie: odłóż tę gazetę i znowu masła nie kupiłeś
Te wszystkie spazmy, te migreny, te wszystkie: ach, och, mój Boże
Jaka ja jestem nieszczęśliwa, cóż ja na siebie włożę
I ta niedobroć, brak zrozumienia i dusza nieliryczna
I ten despotyzm, brak litości, pustość, oziębłość,
niejednokrotnie erotyczna
Gdyby to wszystko gnane wiatrem jak pył i kurz uleciało
To tylko to, co miłe, dobre, nienaruszone by zostało
A więc: wrażliwość, mądrość, dobroć, czułość i nieszarzyzna
I przedsiębiorczość i subtelność czyli po prostu...
Mężczyzna ! ,,


Czytając ten wiersz nasuwa mi się jeden wniosek, że panowie powinni wiązać swoje życie wyłącznie z mężczyznami, a wtedy odejdzie im trud zarzucania kobiety na trzepak (trud- bo kobieta nie jest taka coby sobie tak łatwo pozwoliła) oraz konieczność wywijania trzepaczką.
Z drugiej strony kobieta to nie sama czułość, słodycz, radość  i słodko pierdzące ble ble ble, ale też fochy, żale, krnąbrność i jędzowatość. I chyba za te drugie cechy mężczyźni kochają nas bardziej, bo one tak fajnie urozmaicają im życie :P i tym bardziej doceniają spokój kiedy on już nastanie ;).
Jakiś czas temu, po dłuższym niewidzeniu spotkałam znajomego. Wiecznie niezadowolony- to było jego drugie imię. A tu zaskoczenie. Znajomy nie chodził- on pląsał, nie mówił- on śpiewał, nie patrzył- on błądził rozmarzonym wzrokiem.
- Co ci się stało? zapytałam. Odśpiewał- Kobieta się stała.
Czyli... jędzowate czy też nie, jesteśmy lekarstwem na całe zło :).
I jako puenta mojego wpisu jeszcze jeden cytat: :
,, Kobiety nie zmienisz, możesz zmienić kobietę, ale to nic nie zmieni,, A. P. Emotikon wink
Emotikon wink
Emotikon win

poniedziałek, 7 marca 2016

Grypobranie z paracetem jako daniem głównym.

Sponiewierała mnie grypa, tak jak nie przymierzając jakiegoś menelka spod sklepu najtańszy bełcik. Chociaż nie... menelek to jakąś przyjemność z tego ma, a ja? oj... w zasadzie żadnej. Tyle, że w oskrzelach grała taka orkiestra dęta, że niech się Górny ze swoją chowa.
I człowiek nawet by pochorował w spokoju, i odpoczął, i doszedł do siebie, ale... norweski system leczniczy na to nie pozwoli.
Pierwsza wizyta u lekarza. Diagnoza-grypa, syrop na kaszel i pracet (nasz paracetamol). I jeszcze lekarz zaszalał, aż dwa dni zwolnienia dał. A i krew z paluszka pobrał, chyba po to by uzasadnić wysokość rachunku.
Ponieważ człowiek i chciałby być taki obrotny by w dwa dni się wychorować i gorączki pozbyć, i kaszlu i bólu mięśni, ale się nie dało, więc kolejny telefon do pana znachora by umówić wizytę. I tu zaskoczenie, pani w rejestracji broniąca dostępu do lekarza jak zły smok sama postawiła mi diagnozę, że pomóc mi już nie mogą ( kłaść się i umierać? ), za to mam pić dużo wody, brać paracet !!, i siedzieć w domu. Ale jak siedzieć w domu gdy nie mam zwolnienia i jak iść do pracy gdy temperatura nie schodzi, a w oskrzelach nadal gra orkiestra?
Lekarz niby mój, rodzinny, przyznany mi na stałe, ale pani w rejestracji jak ta smoczyca broni dostępu do tego, który od pierwszego kontaktu niby jest. Po kłótniach i przegadywankach smoczyca została pokonana i miejsce się znalazło dla biednej Polki i dla jej orkiestry, która ciągle grała jak na tonącym Tytanicu.
Druga wizyta. Znów zalecony paracet, picie wody, pobrana krew z paluszka, znów wystukany rachunek  i łał aż trzy dni zwolnienia. Yuppii. Się wyleżę i się wykuruję. \
Ale się nie wykurowałam. Trzeci telefon do lekarza i od smoczycy usłyszałam- byłaś już dwa razy. Są inni chorzy. Bierz paracet i pij dużo wody !!!
A niech ich diabli wezmą i ten ich paracet. Lek na całe zło, zalecany na wszelkie choroby tak fizyczne jak i psychiczne.
Można oszaleć? można, a wtedy znów zalecą mi paracet, no i jeszcze pewnie picie wody.

środa, 24 lutego 2016

Myślowe schody

Czasem jest tak, że w piersi wzbiera szloch. I nie wiadomo skąd się on bierze, co jest jego przyczyną, ani co może za sobą przynieść. I ten niejasny niepokój w duszy.
Niby jest wszystko dobrze, spokój, stabilizacja, równowaga prawie we wszystkim. Więc skąd ten ciężar na klacie?
I wieczorem gdy człowiek kładzie się zmęczony do łóżka i przytula głowę do poduszki okazuje się, że noc nie jest od spania...noc jest od myślenia.
I pędzą myśli szalone pod tą bląd grzywką i jakieś poczucie niespełnienia dobija się do świadomości.
I sam siebie bląd czerep przekonuje- jest dobrze, jest dobrze, jest dobrze. Tylko czemu niektóre decyzje czasem uwierają jak kamyk w bucie?
Zapuszczam się w myśli niepotrzebne, rozważania, analizy. A to jest jak wspinaczka po starych schodach, wiesz że w każdej chwili możesz runąć pod zapadającym się stopniem, a mimo to idziesz dalej.
I człowiek nie wie co kieruje jego krokami, czynami, słowami. I to nieprawda, że kłamstwo rodzi się z kłamstwa. Najpierw jest strach. Kłamstwo rodzi się ze strachu.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Złośliwość zdarzeń i rzeczy martwych

Waga zwariowała, albo zrobiła się deczko złośliwa i zaczęła rozrabiać tym swoim wskaźnikiem. Wredna, złośliwa zołza, ot co!
Siłownia o krok, karnet opłacany regularnie, czy jednak regularnie wykorzystywany? ekhem...ekhem... powiedzmy, że w tym momencie się zakrztusiłam i odpowiedź nie padła. Mistrzyni uników, ot co!
Okulary i klucze bawią się w chowanego, tacy złośliwi figlarze. Niestety dzieci już za duże by na rzucone hasło- kto znajdzie moje okulary ten wygrywa, rzucać się do poszukiwań. Teraz prędzej wzruszą ramionami, lub pokręcą z politowaniem głową. Ot co!
Książka, którą miałam zamiar czytać, ale po drodze jeszcze parzyłam herbatę, udaje, że jej nie ma, a ja błądzę po mieszkaniu, no bo przecież gdzieś tu przed chwilką była.
Na autostradzie, którym pasem bym nie pojechała ten i tak będzie posuwał się wolniej. W sklepie, do której kasy nie stanę, tam zawsze się coś spier... tzn. wydarzy i kolejka zablokowana.
Już nie wspomnę o złośliwych parkometrach, które blokują się akurat gdy chcę grzecznie zapłacić.
Pewnie nie tylko ja tak mam, pewnie ta złośliwość rzeczy i zdarzeń dotyka również innych, ale... tak sobie myślę, że to chyba wet za wet, bo ja też czasem potrafię być złośliwa, ale tylko tak troszeczkę ;). No i troszeczkę jestem też rozkojarzona, ale tylko czasami :). Ot co !

wtorek, 9 lutego 2016

Nieproszony gość pani A.

Każdemu z nas wydaje się, że pewne sprawy nas nie dotyczą. Myślimy, że to o czym czytamy i słyszymy nigdy nam się nie przydarzy. To dzieje się u innych, u nas nie będzie dziać się nigdy, bo... my jesteśmy normalną rodziną? A jednak...
Opowiem wam historię prawdziwą.
Pewnego dnia zastukała w nasze drzwi pani A. A może się tylko delikatnie o nie otarła? W codziennej gonitwie nie zauważyliśmy, że do naszego domu chce wejść nieproszony gość. A i nasza latorośl skrzętnie ukrywała ,,nową koleżankę,, . Gość już był w przedpokoju, już próbował się rozgościć i zadomowić, gdy nagle zdaliśmy sobie sprawę, że to pukanie czy też otarcie się o drzwi było właściwie łomotaniem, dobijaniem się do naszej rodziny.
Przerażenie, szok i gorączkowe działanie. Nim pani A. zdążyła wejść na salony, rozsiąść się i rozejrzeć wyprosiliśmy ją z domu, przegoniliśmy.
W progu przepychanka, bo gość wciąż pchał się do środka, ale w końcu zatrzasnęliśmy drzwi, ciężko się o nie opierając i dysząc jak po olbrzymim wysiłku, bo to był wysiłek i walka. Zwyciężyliśmy.
Ulga przemieszana z obawą, czy pani A. nie czai się gdzieś za rogiem by znów próbować wedrzeć się w nasze życie.
Córka już wie, że nie była to dobra znajomość. Nie zdążyły się zaprzyjaźnić, ale wystarczyło by otarły się o siebie, aby narobiło to zamieszania i pewnego spustoszenia.
Nasza latorośl wróciła do siebie, znów się uśmiecha i jest pełna życia, jej śliczna buzia nabrała znów blasku. Wrócił dawny urok, promienieje.
Zwyciężyła nasza miłość, zawziętość, a przede wszystkim rozsądek córci. Pani A. poszła precz.
Kiedyś anoreksja była dla mnie abstrakcją, problemem innych. Jednak teraz gdy było mi dane poczuć jej trujący oddech tak blisko jednej z najbliższych mi osób, już nie jest.
Jestem dumna z mojego dziecka, że walczyła razem z nami. Jestem dumna, że potrafi teraz o tym mówić i przestrzega przed tą znajomością innych.

niedziela, 7 lutego 2016

Emigrant gorszy gatunek patrioty

Taka mnie naszła ostatnio refleksja, bo usłyszałam że my emigranci mieszkający na obczyźnie nie jesteśmy patriotami. Dlaczego? bo wyjechaliśmy, bo porzuciliśmy, bo stchórzyliśmy i nie podjęliśmy walki by borykać się z trudami polskiej rzeczywistości. Że nie bierzemy odpowiedzialności za to co w Polsce, za biedę, za nijakość i bylejakość. Że uciekliśmy by nie dostać w doopę tak jak inni. A przecież powinniśmy się solidaryzować i tę doopę nadstawiać.
A przecież nikt nie decyduje się na emigrację po to by być tzw. obywatelem świata. I mimo iż wyjazd przez niektórych postrzegany jest jak odcięcie się od swoich korzeni, od swojego kraju my wciąż czujemy się Polakami. Nawet tu na emigracji.
To nigdy nie jest tak, że pakuje się walizki, kupuje bilet i rzuca swoje dotychczasowe życie w cholerę. To są decyzje nierzadko okupione nieprzespanymi nocami, długimi dyskusjami, nawet łzami.
Ile rodzin tyle historii. Jedni wyjechali za chlebem, za lepszym jutrem, inni aby podnieść kwalifikacje, jeszcze inni by przeżyć przygodę. Na początku wyjeżdża się tylko na chwilę, potem ta chwila się przedłuża i nie wiadomo kiedy robi się ... na zawsze? Jedni wracają, inni nie mogą, lub jeszcze nie mogą, a inni po prostu nie chcą.
Robi się taki dziwny podział na tych co wyjechali i na tych co zostali.
I ci co zostali sądzą, że my czujemy się od nich lepsi, paradoksalnie jednocześnie uważając nas za gorszych od siebie.
Tak, materialnie na pewno czujemy się pewniej i bezpieczniej, możemy sobie na więcej pozwolić i spokojnie robić plany na przyszłość... Co mamy w zamian? tęsknotę i rozdarcie. I to nie jest tak, że będąc tak daleko Polska jawi się nam jako raj utracony, bo rajem nie jest, ale są tam nasi bliscy, wspomnienia, miejsca tak swojskie. Dzieciństwo.
Jednak nie wolno nam wspominać o tęsknocie, bo zaraz jesteśmy zakrzyczani, że trzeba było siedzieć na doopie i nie uciekać... poza tym tęsknota? rozdarcie? przecież my mamy bajkę, pieniądze same lecą nam z nieba, my tylko pchamy w skarpetkę lub jak kto woli na konto.
Gorszy gatunek patrioty problemy zostawia w Polsce, bo świat zaoferował mu tak wiele. Taki panuje stereotyp. I najczęściej takie zarzuty pod adresem emigrantów padają z ust osób, którym zabrakło odwagi by zrobić ten krok, by wywrócić swój świat do góry nogami i zostawić nijakość... starczy im tylko odwagi na biadolenie, żółć i zawiść. Bo skoro jest źle to wszystkim powinno być źle. Nie może być tak by komuś było lepiej.
Gorszy gatunek patrioty pracuje za granicą gdy w Polsce są święta państwowe, a prawdziwy patriota ?
Prawdziwy patriota działkę przekopie, grilla zrobi, piwo wypije i tym samym uczci państwowe święto, jak co roku. To się nazywa patriotyzm. Może i teraz uogólniam, ale i nas wszystkich wrzuca się do jednego wora. Wora z napisem- Ci co uciekli.
Patriotyzm nie wyklucza emigracji, a emigracja wcale nie musi zabijać patriotyzmu.
I mimo iż wyjechaliśmy problemy mamy jak każdy, bo emigracja to tylko zmiana dekoracji.


wtorek, 2 lutego 2016

Gdy wchodzi się w skład czyjegoś majątku

Tyle wspólnie wypitych dzbanków herbaty, tyle wspólnie przegadanych godzin, tyle słów... dwie Polki na obczyźnie, wspólne tematy, sprawy, problemy. I to poczucie, że nie jest się samej gdy trzeba wyrzucić z siebie to i owo. Że w każdej chwili można złapać za telefon. Że jest ktoś na tym obcym skrawku ziemi z kim jest raźniej.
A potem wszystko się zmieniło. Pojawił się ,,ktoś,, . Decyzja o rozwodzie, podział majątku, dzieci, przyjaciół, znajomych.
Rozwód zawsze niesie za sobą podział. To jak przeciąganie liny, kto zabierze więcej.
I nagle ja sama weszłam w skład tego majątku do podziału. I takie ultimatum bez słów- albo idę albo ,.. a skoro ja nie chciałam? skoro chciałam  zostać neutralna? skoro chciałam zostać po środku? bo przecież ta sprawa tak naprawdę mnie nie dotyczyła. To nie mój rozwód.
Czy to tak trudno zrozumieć? Czy tak trudno zachować się dorośle gdy podjęło się bądź co bądź dorosłą decyzję o rozwodzie? niestety, dzbanki zostały wrzucone gdzieś na dno kartonu, a może nie ma już ich wcale.
A jednak brak mi tych naszych rozmów przy dzbankach herbaty. Spróbowałam wyciągnąć rękę i wyjaśnić swoją postawę, mój punkt widzenia. Usłyszałam, że dzbanki też się kurzą... cóż życie.
Mimo wszystko nie jestem częścią majątku, który można zabrać i nim zarządzać. Myślę innymi kategoriami.
Pozostałam neutralna, a moje dzbanki są wypolerowane. Czekają.


sobota, 30 stycznia 2016

Znajomi i przeźroczysta emigrantka

Czasem po przyjeździe do Polski mam dziwne wrażenie, że przeszkadzam. Znajomym. Czuję się jakbym zanikała, lub nawet była już przeźroczysta. To jest chyba brak tej ciągłości w kontaktach bezpośrednich, codziennych telefonów, spotkań w weekendy, wspólnych imprez.
I może nawet nadal chcemy aby było tak jak dawniej, bo znamy się tak długo, bo mamy wiele fajnych wspomnień, przegadanych godzin, wypitych kaw i procentów, ale... chyba to nie wystarczy.
Jestem postrzegana już jakoś inaczej.
Bo ja wyjechałam, bo ja już nie rozumiem, bo ja mam lepiej.
Wpadam rozradowana, pełna opowieści, stęskniona, złakniona kontaktu i... czasem zimny prysznic, bo ja to mam wygodnie, bo mam urlop, a oni?
I ten zarzut, bo ja się zmieniłam, ale widzę, że to inni zmienili się względem mnie. Czasem czuję się jak jakieś dziwne zwierzątko, które obchodzi się ostrożnie z każdej strony. Bo ja jestem <<stamtąd>>. Jakby stamtąd było gdzieś w kosmosie.
Wciąż słyszę- masz lepiej bo mieszkasz tam, a my? my mamy same problemy. Nosz fuck, przecież ja też mam swoją codzienność i swoje problemy i życie na obczyźnie to nie jest sielanka. Praca, dom, kredyt, okiełznanie nowej rzeczywistości, szkolne perypetie dzieci, prawo i bezprawie, a wszystko w obcym języku. Lekko nie jest, ale nie ma co narzekać, bo... narzekam- źle, przecież ja nie mam na co narzekać, przecież teraz mam lepiej. Pochwalę życie na obczyźnie- no tak już nie jestem Polką, już wsiąkłam w obcą rzeczywistość. Jestem stracona.
I uczę się gryźć w język.
Chociażby taka głupia wymiana zdań. Ta bluzka jest tania- no tak pracujesz za granicą, to dla ciebie taniocha. Hmm... następnym razem przy innej okazji chcąc być mądrzejsza mówię- oj te spodnie są drogie- nie przesadzaj pracujesz za granicą stać cię. I myślę sobie głupia babo zawrzyj gębę, bo i tak nie dogodzisz. Nauka gryzienia języka trwa.
Tak, mamy wspólne wspomnienia, ale chyba to za mało by udźwignąć tą odległość i to, że żyje się w dwóch różnych światach...szkoda.
I ja nawet nie narzekam, przynajmniej staram się tego nie robić i staram się zrozumieć. Odległość sprawia, że to jest nieuniknione i niezależne od obu stron. I ta bliskość to jest coś co traci się gdy się wyjeżdża.
Życie na obczyźnie zmienia każdego. Inaczej postrzegamy chociażby to co dzieje się w Polsce, patrzymy z dystansem, mniej histerycznie i emocjonalnie. A może i biernie.
Tylko nieliczni widzą nas takimi jakimi byliśmy i jakimi wciąż jesteśmy. Tylko nieliczni są prawdziwi i nas widzą prawdziwych.

piątek, 22 stycznia 2016

Kreowanie wizerunku

Ileż to razy zakładamy na siebie coś co do nas nie pasuje? Coś co jest nam dalekie...
Dobroć- o której nie mamy pojęcia, współczucie i zrozumienie, które jest nam obce. Oblekamy się w nie jak w szatę o złym rozmiarze,szytą nie na miarę. Jak w maskę niedopasowaną do kształtu twarzy. Nie pasuje, nie w naszym guście, a jednak wciskamy na siłę by inni widzieli nas inaczej. By nie widzieli naszego prawdziwego ja.
Ludzie lubią kreować swój wizerunek, najczęściej na lepszy, dlatego zakładają maski - zazwyczaj piękne, by ukryć brzydką duszę.
Co jest tego przyczyną? może to takie zaklinanie rzeczywistości, lub bronienie się przed prawdą? A może w ten sposób chcą doścignąć swoje wyobrażenie o własnej osobie i chcą się wydawać idealni, mimo iż do ideału brakuje tak wiele?
I tak.. młoda kobieta robiąca w necie fajne rzeczy, publikująca fajne zdjęcia, dająca fajne komentarze i ogólnie wykazująca postawę- patrzcie jaka jestem fajna, w życiu realnym- obojętna córka wobec przegrywającego walkę z rakiem ojca. Ojciec dobrym człowiekiem był, oddanym rodzinie, ale... rak nie jest fajny. Niestety. Chociaż już samą śmierć można w takich fajnych chwytających za serce wpisach umieścić. Więc to robi i... jest fajna. Ta kobieta, nie śmierć.
Albo pani opisująca cudowną rodzinę, w tym cudownego kochającego męża, cudowne dzieci i jeszcze cudowniejsze wnuczki, a sama siebie ukazująca jako cudowną żonę, matkę i babcię. Dlaczego więc pomimo tego cudownego życia tyle jest w jej słowach jadu i goryczy gdy słyszy o szczęściu innych?
I nagle przez przypadek ukazuje się rąbek sielanki rodzinnej... mąż nie jest tak kochający jak go maluje, dzieci ją rozczarowały, a wnuczki unikają zgorzkniałej babci. Ten wymyślony sielankowy obrazek jest dla niej lepszy, bo prawda nie jest fajna.
A z kolei inna pani jawiąca się jako ,,pani z towarzystwa,, , biorąca udział w różnego rodzaju imprezach towarzyskich, spędach i przedsięwzięciach, bo przysłowiowo umie posługiwać się nożem i widelcem, żona, matka i babka, poza towarzystwem publiczna awanturnica, robiąca hałas w sklepie, pisząca wulgarne smsy, bo właśnie inna kobieta nadepnęła jej na odcisk. I spod kulturalnej szaty wychyla się ta prostacka.. Ona nie jest fajna, więc naciąga się szybko tę szatę na pokaz... tę fajniejszą.
I dla odmiany... pan który wykazuje postawę wiecznego malkontenta, niespełniony w swych zamierzeniach, negujący wszystko i wszystkich, krytykujący dla samej krytyki, swoją wiedzę i inteligencję pożytkując na kłótnie. Człowiek jawiący się jak ktoś kto ma tylko samych wrogów, tymczasem okazuje się, że wśród rodziny, bliskich przyjaciół złoty człowiek, pełen oddania, pomocy i dobrego słowa. Czemu woli być niefajny? może czerpie siłę, energię i satysfakcję z kłótni? a może to tylko pancerz by chronić się przed światem? przed ludźmi?
I można zastanawiać się, które ich oblicze jest prawdziwe fajne czy nie fajne, dobre czy złe, kulturalne czy prostackie? Myślę, że to które skrywają przed innymi, bo łatwiej jest założyć maskę niż być naprawdę dobrym człowiekiem, lub jak w przypadku pana po prostu człowiekiem odważnym.
Chyba każdy z nas ma takie swoje szaty, maski, twarze i od nas zależy, którą z nich prawdziwą czy też wykreowaną pokażemy światu.

wtorek, 19 stycznia 2016

Kiedy obczyzna staje się domem

Z początku człowiek wyjeżdża by zarobić przysłowiowe parę groszy, by stanąć na nogi i móc ruszyć do przodu, by nie musiał przeliczać czy starczy mu pieniędzy aby zrobić następny krok.
Nowa rzeczywistość, nowy świat, nowi ludzie. Czasem praca po kilkanaście godzin, nieziemskie zmęczenie i tylko ta myśl, to dla rodziny, dla nas, dla lepszego jutra. Trzeba się przemóc, przyzwyczaić, dać radę. A przecież kiedyś wróci się do Polski i będzie,..normalnie? wśród swoich? Bo przecież przyjechało się tutaj tylko na chwilę, na moment, nie na zawsze.
Kiedy to się udaje, wtedy pojawiają się nowe cele i nowe zamierzenia i tak trudno powziąć decyzję o powrocie na już... Zmieniają się priorytety, postrzeganie i myślenie. Z chwili robi się kilka miesięcy, a potem lat.
Kupuje się mieszkanie do w spółki z bankiem, sprowadza rodzinę i znów trzeba uczyć się być razem, oswajać codzienność, przeskakiwać góry problemów piętrzących się przed emigrantem.
Dzieci oswajają norweską szkołę i norweskich kolegów, żona walczy z językiem, jak ze złym smokiem. Ale przecież to nie na zawsze, tylko na chwilę... Dzieci skończą szkołę, a oni z pełniejszym portfelem będą mogli wrócić do Polski... kiedyś.
W Polsce kupiona działka, szkicowany plan domu, bo z czasem przecież tam zamieszkają i kiedyś znów będą u siebie. Kiedyś... Póki co dom urządzają na obczyźnie, meblują, dopieszczają i wsiąkają w tę obcą atmosferę, która coraz bardziej staje się swojska.
Po drodze pojawiają się znajomi, jedni zostają na dłużej, inni znikają po chwili. A oni sami wpasowują się w emigracyjną rzeczywistość, emigracja zaczyna przypominać dom. To tu mają swoje problemy, a Polska kojarzy im się już tylko z wakacjami.
W Polsce znajomi niechętnie patrzą im w oczy, bo oni przecież mają problemy, a emigranci mają tylko sielankę. Fakt swoich codziennych problemów na wakacje ze sobą nie ciągną, więc może i z wierzchu wygląda jakby życie na emigracji usłane było różami. Tylko przyjaciele wiedzą jak jest.
Chcą wrócić za jakiś czas, lecz boją się, że gdy wreszcie nadejdzie ten moment powrotu, to tych których kochają nie będzie już na świecie, a dla tych z którymi swego czasu wypili się hektolitry piwa, przegadali mnóstwo godzin będą obcymi ... Że nawet miejsce do którego chcą wrócić nie będzie już takie swojskie.
Ale póki co myślą wciąż o powrocie... kiedyś...

środa, 13 stycznia 2016

Domy z duszą



Zawsze fascynowały mnie stare domy. Kiedy patrzę na nie, gdzieś wewnątrz mnie porusza się jakaś struna, taka nostalgiczna, czuła, zaciekawiona.
Stare domy to nie tylko ściany, okna i dach, one przede wszystkim zbudowane są ze wspomnień.
Zawsze kiedy przechodzę obok zastanawiam się ile historii w sobie kryją, ile szczęścia i smutku były świadkami.
Czy zachował się w nich ledwie dosłyszalny szelest spódnic? a może tupot małych nóg? czy gdzieś pomiędzy pokojami przemyka echo radosnego śmiechu? czy może w kącie ukryte jest wspomnienie żałosnego łkania? czy ściany przesiąknięte są dawnymi tęsknotami, namiętnościami, miłościami, a może rozpaczą?
A marzenia snute w tym domu, czy się spełniły?
A może gdzieś pod boazerią wciąż tkwi ukryty, zapomniany pamiętnik, w którym drobnym pismem, ozdobionym zasuszonymi kwiatami zapisywane były nadzieje, tęsknoty, marzenia...lub cicha rozpacz ukryta na kartach papierowego powiernika, a może miłości tęskne?
A balustrada przy schodach wytarta od przesuwających się po niej dłoni,.. czy pamięta jeszcze ich ciepło, dotyk?
A lustro zmatowiałe ze starości w misternie rzeźbionej ramie, ile zapamiętało w sobie ludzkich odbić?
Ile dom ma pamięci? ile historii zaklętych w starych ścianach, meblach, zdjęciach, albumach?
Stare domy są piękne w swej starości. To domy z duszą i sercem spowite w swój swoisty klimat. Mają swój niepowtarzalny urok, senną tajemniczość. Historię narodzin i śmierci wpisaną w mury.
Renowacja starego domu jest jak przywracanie go do życia, jak reanimowanie jego serca.
Podziwiam i cieszę oczy gdy przechodzę obok, W głowie układam historie, a moja wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach. I tak mi jakoś przyjemnie, chociaż nostalgicznie się robi.
Kilka zdjęć robionych na szybko, telefonem. Kiedyś wybiorę się z aparatem na prawdziwe polowanie, bo Stavanger kryje wiele takich perełek, jeszcze piękniejszych, jeszcze ciekawszych, jeszcze dostojniejszych w swej starości.